Wielkimi krokami zbliża się polskie wydanie jednej z najlepszych gier spod szyldu „licytacja + worker placement” – Keyflower, dlatego Veridiana przybliża ten tytuł wraz z dodatkami. Ponadto Pingwin zdradza szczegóły swojej miłości do Troyes, MCI pyta, jak pokonać Rzymian, a Ink przekonuje się, że błękitne wody Vanuatu kryją krwiożerczą prawdę.
Pingwin
Troyes. Dice manipulation i worker placement + wiele kombinowania. Kocham tę grę. Jednak z pewnym zdziwieniem dostrzegam w niej … jedynie słuszną strategię wygrywającą. Czyżby gra była zepsuta? Nie. Otóż jeśli odpuścicie komuś w militariach, tzn. pozwolicie mu na radośnie samotne pokonywanie wydarzeń – trudno będzie z nim wygrać. Ale nie da się grać pod same militaria – inwestować trzeba zarówno w biały jak i żółty obszar Troyes. Bez denarów ani rusz. Bez punktów wpływu też będzie cienko. Bez manipulowania kostkami – nie będzie spektakularnych zagrań. Można więc powiedzieć, że jest wiele dróg nie tyle do zwycięstwa co do realizowania tej jedynej zwycięskiej strategii ;) – co w sumie na jedno wychodzi (o ile już wiecie, że nie można sobie odpuścić wydarzeń). A więc nadal i z czystymi sumieniem – kocham tę grę.
MCI
Chyba zacznę sobie wpisywać granie w planszówki do kalendarza, bo ten tydzień był wybitnie skuteczny w krzyżowaniu moich planów. Jedyne pudło, które udało mi się ściągnąć w tym tygodniu z półki, to Osadnicy: Narodziny Imperium. Długo już gram w Osadników i po wielu wielu partiach trochę zaczyna mi doskwierać ta nieunikniona karciana losowość. Zdarzają się partie, w których idę z przeciwnikiem łeb w łeb i dopiero przy podliczaniu punktów okazuje się kto został zwycięzca. Jednak zdarzają się także takie rozgrywki, gdzie karta „nie podchodzi” i za nic na świecie nie jesteśmy w stanie przygotować skutecznego silnika w naszym królestwie. Drugą sprawą, którą zacząłem zauważać, to przewaga Rzymian jako frakcji. Moja planszowa Partnerka zawsze gra Rzymianami i już chyba ich rozpracowała. Jeżeli nie mam po prostu większego szczęścia w dociągu niż ona, to bardzo ciężko jest wygrać. Odnoszę wrażenie, że karta która pozwala na niszczenie budynków frakcyjnych przeciwnika oraz karta, na której można przetrzymywać zasoby, to zbyt mocna kombinacja. Zwykle gram Egipcjanami i jedyną szansę jaką mam to nadprodukcja złota w połączeniu z kartą, która pozwala na „zerowanie” innych kart akcji. Wtedy dopiero można stworzyć bardzo mocny silnik punktowy. W innych przypadkach ponoszę sromotną klęskę.
Drodzy Czytelnicy, pomóżcie! Zdradźcie mi jakie Wy macie sposoby na pokonanie tych okropnych Rzymian?
Veridiana
Keydom to uniwersum, w którym toczy się akcja kilku gier planszowych. Ich wspólnym mianownikiem jest tytuł gry zaczynający się na sylabę „Key…”. Poza tym, gry – za wyjątkiem jednej – mają wspólnego autora (Richard Breese) i czas akcji, którym jest średniowiecze. Poza tym jednak prezentują różne tematy i różne mechaniki. Spośród 11 gier serii (jeśli dobrze liczę), przedostatnią (nie licząc zaplanowanego na ten rok Keypera) i równocześnie najwyżej ocenianą w rankingu BGG jest Keyflower, do którego powstały 2 duże dodatki oraz 7 mini. I jest to jedyna gra z serii, w którą grałam.
Do gry długo mnie przekonywano. Jakiekolwiek prezentacje na Pionkach, lektury opinii, oglądanie gameplayów… nic nie było mnie w stanie zachęcić do zagrania w tę brzydką i mało emocjonującą grę. Ale zaryzykowałam. Brzydka i mało emocjonująca gra okazała się w praktyce bardzo porządnym euraskiem. Brzydka? Nigdy w życiu! No może najpiękniejsza nie jest, ale na pewno jest praktyczna. Pomimo wielu elementów, które kładziemy na kafelkach, sytuacja zawsze jest klarowna, funkcje widoczne, niczego nie trzeba zbytnio przesuwać i obracać. Wszyscy wszystko widzą. Mało emocjonująca? No tutaj to walnęłam jak przysłowiowy łysy o beton. Mechanika łącząca worker placement z licytacją i to łącząca je na zasadzie przeplatania według uznania gracza, a nie w odgórnie podzielonych fazach – daje nam mnóstwo elastyczności i tylko od naszych przemyślanych zagrań zależy, czy osiągniemy zamierzone cele i na ile przeszkodzimy w ich realizacji przeciwnikom, których może być nawet i sześciu!
Trochę szczegółów
Keflower to gra w układanie kafelków i gospodarkę zasobami. Ale najpierw trzeba te kafelki zdobyć w ramach licytacji. Ale żeby mieć czym licytować trzeba zdobywać ludzików. A ludziki biorą się między innymi z kafelków. I z licytacji. I z wysyłania innych ludzików do pracy. A ludziki do pracy… Ojojoj, wstrzymać konie! Tu trzeba po kolei, pomalutku i z pietyzmem. Zależności w tej grze jest mnóstwo, choć generuje je tylko kilka genialnych zasad. I właśnie tego geniuszu nie widać, jeśli jest się tylko widzem rozgrywki. Uczestnicząc w zmaganiach osobiście – nagle okazuje się, na ile rzeczy musimy uważać, ile elementów jest od siebie wprost zależnych. Czysta, koronkowa mechanika, której nie powstydziłby się Feld, a nawet może trochę zawstydził, bo tu nie znajdziemy sałatki punktowej i kilku oderwanych od siebie mechanizmów. Keylflower to jedna sensowna, urocza i wymagająca całość.
Okay, tak więc na dzień dobry otrzymujemy jeden kafelek startowy naszej wioski. Kafelki różnią się w zależności od ustalonej na początku gry kolejności rozgrywania. Kafelek przedstawia wóz z konikiem i chatkę. (Tak naprawdę to nie jest chatka, tylko strzałka, ale chatka jest bardziej klimatyczna.) Wóz jest nam potrzebny do przewożenia surowców (im większa cyfra na wozie, tym większy potencjał przewozowy), a chatkostrzałka do odwracania kafelków, gdyż z drugiej strony oferują one ulepszone funkcje i punkty na koniec gry.
Otrzymujemy też garść losowych ludków. Losowych pod względem kolorów (żółte, czerwone i niebieskie). Ludki są tajne i stanowią zarówno naszą walutę, jak i siłę roboczą. Na środku stołu wykładamy kilka kafelków z danej pory roku (gra składa się, jak się można domyślić, z 4 rund) i rozpoczynamy grę. W swoim ruchu gracz albo licytuje ludkami o wybrany kafelek, kładąc je OBOK, albo wysyła ludki do pracy NA kafelek. Główna zasada gry mówi, że ludki OBOK i NA kafelku muszą być jednego koloru. Czyli, gdy ktoś jako pierwszy położy ludka / ludki jakiegoś koloru OBOK/NA kafelku, to jest to kolor obowiązujący dla tego kafelka już do końca rundy.
Gracze według własnego uznania albo licytują, albo wykorzystują funkcje kafelków. Mogą także pracować na kafelkach w swojej wiosce oraz wioskach przeciwników. Ludki pracujące zasilają w nowej rundzie zasoby gracza, do którego kafelek należy (jako część wioski lub wylicytowany). Dbamy więc o to, aby nasze kafelki były wartościowe i przyciągały cudze ludki, ale z drugiej strony, kafelki nie są z gumy i przyjmują ograniczone zasoby ludzkie. Zdarza się więc i tak, że mając intratny kafelek, nie zdążymy z niego skorzystać.
Summa summarum, żonglujemy ludkami po to, aby rozbudowywać naszą wioskę, zdobywać zasoby, przetwarzać zasoby. Żeby łatwo nie było, zasoby trzeba w ramach wioski transportować, a same kafelki odwracać. To z drugiej strony posiadają punkty i lepsze funkcje.
DODATKI
Dwa duże dodatki Farmerzy i Kupcy są przykładem dodatków, które po wpleceniu w grę zostawiamy już na wieki wieków. Wprowadzają wiele nowych elementów, ale niekoniecznie wszystkie na raz. Poszerzają po prostu możliwości i dużo zależy od kafelków losowanych na daną rundę (jest ich dużo więcej niż faktycznie potrzeba) oraz od łodzi, które na koniec każdej rundy przypływają z nowymi ludkami. Dodatki powiększają ofertę łodzi i oprócz ludków mogą one przywieźć nam dodatkowe żetony.
Farmerzy wprowadzają do gry zwierzątka: owce, świnki i krowy, zboże oraz pojęcie pól. Kupcy zaś kontrakty (coś jak cele) oraz chatki. Mówi się, że Farmerzy poszerzają możliwości, podczas gdy Kupcy je pogłębiają.
Najfajniejsze w Keyflowerze z dodatkami jest to, że zależnie od wylosowanych kafelków i łodzi za każdym razem mamy zupełnie inną rozgrywkę. Ale już sama podstawka warta jest grzechu, więc gdy tylko pojawi się polska wersja gry, euroentuzjaści – nie lękajcie się chwycić za portfele!
Ink
Vanuatu to klasyczny wilk w owczej skórze. Siadając do gry, spoglądając na komponenty, dowiadując się, jakie jest tło (jesteśmy drobnymi przedsiębiorcami Republiki Vanuatu – łowimy ryby, wozimy turystów, rysujemy żółwie na piasku…) pomyślałem oczywiście – ot, jakaś lekka familijna zabawa, bezkonfliktowe euro, przyjemna gra w przyjemnej oprawie. Jakże się myliłem. Vanuatu to jeden z najbardziej brutalnych i krwiożerczych tytułów, w jakie ostatnio grałem. Nie chodzi nawet o to, co dzieje się na mapie, czyli o podkradanie sobie nielicznych miejsc na wysepkach. Nie, zło kryje się w mechanizmie wyboru akcji. Mechanizmie, który ma w sobie elementy kontroli terytorium (gdzie terytoriami są pola akcji), ale pozwala również podpinać się pod akcje innych. Przede wszystkim jednak, przy odpowiedniej bezwzględności i zdolności przewidywania pozwala całkowicie uniemożliwić komuś wykonanie jakiegokolwiek ruchu w rundzie. Co gorsza, ten ktoś będzie wiedział, że to jego wina, że to on się nie doliczył, przeszacował, nie zauważył i tak dalej. To naprawdę boli i u mniej zaprawionych Vanuatuańczyków może spowodować niemałą frustrację. Jeśli jednak ktoś lubi worker placement na noże – Vanuatu może być czymś w sam raz dla niego.
O:NI …. No popatrz, a ja byłam przekonana, że to Egipcjanie są najsilniejszą frakcją (z tych podstawowych). Chyba muszę przychylniejszym okiem spojrzeć na Rzymian next time…
Ja spotkałem się z opinią, że bardzo trudno wygrać grając przeciwko Barbarzyńcom :)
Ale historia Mayflower (czyli Keyflower), to już zdecydowanie nie jest średniowiecze! Reszta się zgadza, gra świetna :)
@Pingwin – tak rozumiana strategia wygrywająca jest w co drugim eurasie. Troyes – gra wybitna.
@Veridiana – a grałaś w dwie osoby? Bo wąż w kieszeni mówi, że da na polską wersję tylko, jeśli gra jest wyśmienita na parę.
I czy możesz porównać ciężar rozgrywki (mózgożerność) do innego tytułu?
A w tym drugim eurasie (z tego co drugiego) jest wręcz przeciwnie – nie da się inwestować we wszystko, bo się zostaje daleko w tyle i trzeba sobie wybrać ścieżkę rozwoju :). Ale zgadzam się z Tobą w pełni.
Grałam w dwie osoby. To moja najczęstsza konfiguracja. Keyflower wypada świetnie. Choć to gra, która na każdą liczbę osób jest świetna, nawet 6 :) Ciężar? Hmmm… Terraformacji Marsa? :)
Chyba się skuszę, Twoja rekomendacja wyraźnie przechyla szalę. Dzięki.
Keyflower jest wspaniały na dwie osoby. Przy czym rywalizacja jest wtedy jeszcze bardziej zacięta, bo grasz mocno przeciwko komuś i często licytujesz kafle, które niekoniecznie są przydatne tobie – po prostu nie chcesz, żeby zgarnął je rywal ;).