Cat Blues: The Big Gig od Bitewing Games.
Król może być tylko jeden.
I jest nim blues.
A blues, jak powszechnie wiadomo, najlepiej wchodzi w kwartecie.
Dziś gramy więc w karty i przygotowujemy się do Wielkiego Koncertu – w zadymionym, piwnicznym barze, po godzinach i może po kilku głębszych. I proszę nie miauczeć: zaraz na scenę wejdą prawdziwi profesjonaliści.
Cztery akordy, darcie mordy
Cat Blues: The Big Gig to nowa wersja niemal antycznej już gry Reinera Knizii pt. Cat Blues (niem. Katzenjammer Blues). Z nową edycją przyszły istotne zmiany mechaniczne, ale też szałowa oprawa graficzna od A. Giroux i mini-moduł, który dodatkowo urozmaici nam rozgrywkę. To najmniejsza z trzech kocich, muzycznych gier od Bitewing Games – obok Bebop i Shuffle and Swing, które wkrótce będę recenzować.
W swoim bluesowym sercu jest to gra licytacyjna, w której zarządzamy ręką kart. Są z jednej strony walutą zakupową, używaną w licytacji, jak i przedmiotem naszej punktacji. Kupując kolejne zestawy kart będziemy starać się meldować kwartety takich samych wartości, czasem uzupełniając je jokerami.
Skrycie przyznam, że Cat Blues skradło moje serce – mam nadzieję i Was przekonać do tego niewielkiego, acz znamienitego tytułu.
Finezja i fantazja
Połączenie w jednej karcie siły nabywczej i możliwości punktowania jest zabiegiem mistrzowskim. Każdą wydawaną kartę oglądamy z wszystkich stron, upewniając się czy aby na pewno zaraz nam się nie przyda.
Licytacje mają proste, ale sprytne zasady. Trójka i piątka są mniej warte, niż dwie jedynki czy dwie dwójki, ale już trójka, piątka i jedynka są warte więcej, niż choćby dwie piątki. Mając na uwadze późniejsze meldunki, licytujemy więc raczej ostrożnie, czasem tylko pozwalając sobie na szarże gdy wiemy, że właśnie oferowany zestaw kart pozwoli przeciwnikowi zameldować coś bardzo mu potrzebnego.
A meldować swoje kwartety może tylko prawdziwy kocur – czyli zwycięzca licytacji.
Napiwki i punkty
Wielkim motywatorem – i naszą muzyczną muzą – są napiwki: żetony zdobywane za meldunki. W jednej rozgrywce gracze mogą podzielić między siebie dokładnie 60 takich żetonów, wypłacanych w liczbie równej wartości meldowanego kwartetu (od 1 do 5). Nie ma więc czasu na zwłokę – trzeba grać!
W trakcie naszej klubowej trasy koncertowej możemy też otrzymać kary, jeśli w rundzie użyjemy największej liczby jokerów (do licytacji i meldunków). Jest jednak jasna strona bluesa: za zameldowanie największej liczby różnorodnych kwartetów otrzymamy supernapiwek, wart 10 punktów.
I tym zgrabnym zabiegiem punktacyjnym Reiner Knizia popycha nas w stronę różnorodności, jednocześnie premiując szybkość meldunków. Robi też coś jeszcze – zachęca nas do zabawy jokerami. Dopóki używamy ich mniej, niż nasi oponenci, jesteśmy kryci. Jeśli chcemy poszaleć – musimy liczyć się z konsekwencjami.
Biodra same się kołyszą
Cat Blues: The Big Gig ma w sobie ten sam magnetyzm, z którego słyną jego najważniejsze tytuły. I być może dlatego, po ponad ćwierć wieku od premiery oryginału, ta gra wciąż potrafi przyciągać nie na jedną, a kilka partii jedna po drugiej. Bo przecież z każdą z nich wiemy o bluesie coraz więcej i na coraz większą wirtuozerię możemy sobie pozwolić.
Licytacje szybko po „wyczuciu” gry stają się mocno taktyczne, budżety na wydatki wyliczone, a nasze oferty coraz bardziej obliczone nie tylko na własny zysk, ale i blokowanie innych. Kwartety trzymamy na ręce, meldując je w strategicznych momentach. Swawolimy z jokerami, jeśli nie ma ryzyka utraty punktów. I przez cały czas śmiejemy się prawie tak głośno, by zagłuszyć dźwięczącego w tle bluesa.
Wychodzimy na bisy!
Bo Cat Blues: The Big Gig to gra silnej i nieodparcie zabawnej interakcji. Licytacje to niekończące się źródło docinek, podpuszczania, nieudolnie utrzymywanych pokerowych twarzy i okrzyków wznoszonych ilekroć komuś uda się naprawdę widowiskowy ruch.
Oczywiście żadna interakcja nie miałaby sensu, gdyby nie mechanizmy, które na tę widowiskowość pozwalają. Reiner Knizia ponownie dowozi, a w jego futerale znajdujemy instrumenty, na których nie da się nie zagrać przeboju. Moi osobiści rodzice, karciarze od wielu lat, pokochali grę od pierwszego wejrzenia, a komu z bardziej „grającego w gry” towarzystwa jej nie pokazałem, to delikatnie domagał się kolejnej partii.
Słodka, kocia melodia
Cat Blues wciąga i robi to z wdziękiem i serdecznością. Nie da się spoglądać na kolorowych, kocich instrumentalistów na kartach i nie chcieć stworzyć dla nich idealnego, koncertowego kwartetu. Balansowanie ryzyka i zarządzanie ręką w obliczu ciągłej pokusy, by spłukać się do zera i kupić potrzebny nam zestaw kart to czysta radocha – w grze wciąż coś się dzieje. Nawet, gdy nie ugramy niczego dla siebie, możemy przynajmniej utrudnić innym ich pracę. Gra ma przy tym prosty mechanizm uniemożliwiający zablokowanie się brakiem kart – zawsze mamy przynajmniej cztery do dyspozycji.
Gra oferuje pełen pakiet emocji, intrygi i karcianej frajdy – i mimo słusznego wieku oryginalny pomysł doktora Knizii nie traci rezonu. Jeśli jesteście fanami gier jak Spicy czy Scout, Cat Blues: The Big Gig będzie dla Was takim samym hitem, jak dla mnie. Takim, który wybrzmiewa w uszach i sercu długo po tym, jak skończył się koncert.
Zalety:
+ gra żywi się wesołą interakcją między graczami
+ cudnej urody ilustracje
+ silny syndrom kolejnej partii
+ świetny twist z pomocnymi, ale grożącymi utratą punktów jokerami
+ bonusowy moduł wprowadza do gry kilka kart o wartości 7, dodatkowo zwiększając i tak ogromną regrywalność
Wady:
– niewielka, ale niezerowa szansa na zablokowanie się po zbyt brawurowych zakupach
– losowość w dociągu kart sprawia, że zarówno nasza ręka, jak i licytowany zestaw kart, mogą być mało inspirujące i prowadzić do licytacji, w których po prostu nie bierzemy udziału, obserwując innych
Złożoność gry
(3.5/10):
Oprawa wizualna
(8/10):
Ogólna ocena
(8.5/10):
Co znaczy ta ocena według Games Fanatic?
Bardzo dobry przedstawiciel swojego gatunku, godny polecania. Wady mało znaczące, nie przesłaniające mocno pozytywnego odbioru całości. Gra daje dużo satysfakcji.